Kluczem udanej komunikacji jest świadomość nadawcy komunikatu do kogo i w jakim celu kieruje swoje przesłanie. Expose premiera Donalda Tuska skierowane było nie do obywateli, ale ludzi zarządzających instytucjami finansowymi. Nie są to nawet wyborcy, ponieważ zdecydowana większość z nich – jako cudzoziemcy - nie ma prawa głosu w Polsce. Jednym z objawów obecnego kryzysu są dymisje „wręczane” przez tzw. rynki finansowe. Ustąpienie Berlusconiego we Włoszech, czy też Papandreu w Grecji, przyspieszone wybory w Hiszpanii pokazują, kto dziś rozdaje karty.
Platforma Obywatelska przez 4 lata sprawowania władzy udowodniła, że wie co, kiedy i do kogo mówić, aby realizować swoje cele. Tę samą sztukę, ale na mniejszą skalę (skromniejszy docelowy elektorat) opanował PSL. Ruch Palikota również posiadł tę umiejętność, co potwierdza udany debiut na politycznej scenie. SLD utracił ten atut, czas pokaże czy uda się tę umiejętność odbudować. PiS znalazł się w niezwykle skomplikowanej sytuacji, partia ta jest wstanie dotrzeć do kilku milionów wyborców i doskonale ich zmobilizować, ale forma i treść przekazu jest równocześnie barierą objęcia władzy, do której w Polsce potrzebny jest koalicjant.
Nic celniej nie temperuje ambicji od upływu czasu. Gdy dziewięć lat temu wraz z grupą zapaleńców powoływałem do życia „Forum Klubowe”, łudziliśmy się, że pismo zasili ten nurt w partii, który przeciwstawiał się „owczemu pędowi” do władzy i nagłaśniał racjonalną krytykę, pozwalającą rzetelniej formułować cele strategiczne i taktyczną działalność ugrupowania. Trzy lata później nie mieliśmy już złudzeń, za to posiadaliśmy praktyczną wiedzę o zgrzebnej ludzkiej motywacji i nierzadko kiczowatej politycznej praktyce. Przez dziewięć lat patrzyliśmy na dezercję intelektualistów z szeregów lewicy instytucjonalnej – i był to widok bolesny. Ze swej strony otwieraliśmy łamy dla tych, którzy odeszli lub zostali porzuceni w burzliwym procesie przemian. Staraliśmy się nazywać rzeczy po imieniu, świadomi, że – podobnie jak cała aktywność intelektualna lewicy – znajdujemy się na dalekim marginesie konkretnej polityki, która dla formacji przynosiła również coraz oczywistsze dowody wykorzenienia. W najgorszym okresie dezaprobaty dla Sojuszu redakcję zasypywano tekstami, postulującymi rozwiązanie partii; ostatecznie promowali je nawet byli przywódcy ugrupowania, współodpowiedzialni za stan rzeczy. Przyznam, że te propozycje zazwyczaj wydawały mi się naiwne albo fałszywe. Co nie znaczy, że nie odczuwałem tragifarsy położenia tych wszystkich, dla których istnienie uczciwej partii lewicy było zawsze warunkiem zwyczajnej obywatelskiej normalności. Dzisiaj sytuacja się zmienia – choć trudno z całą pewnością założyć, że zmiany te obierają wyłącznie pozytywny kierunek. Zarówno Grzegorz Napieralski jak i Wojciech Olejniczak – młodzi przywódcy SLD - cieszą się zaufaniem społecznym. To wielki kapitał, łatwy do zmarnowania. Sojusz ma przeciwko sobie skłóconą prawicę i – jako alternatywa dla konserwatywno-religianckiej bezmyślności – zyskuje lepszy wizerunek. Niestety, jest w tym wizerunku dużo – moim zdaniem – efektownego, medialnego eventu, kosztem zawsze niezbędnej refleksji.
Śmierć każdego człowieka oznacza stratę, zwłaszcza dla jego najbliższych. Śmierć osoby publicznej zwielokrotnia ten stan, nadając mu rys ceremonialny. Nie jest rzeczą właściwą przenoszenie emocji i zachowań osobistych na forum publiczne. Zgoła fałszywie wyglądają w takiej sytuacji próby uwznioślenia i uszlachetnienia zmarłego. Wytłumaczalny odruch „odpuszczenia winy” staje się wówczas zafałszowaniem najnowszej historii.
Lech Kaczyński, kompetentny profesor prawa pracy, w życiu prywatnym szczęśliwy małżonek i – jak zaświadczają jego najbliżsi – człowiek sympatyczny, w publicznej roli czuł się źle. W sposób widoczny nie potrafił przenieść pozytywnych cech charakteru na styl i formę sprawowanego urzędu. Jako prezydent faworyzował poglądy i postawy właściwe dla obozu politycznego, z którego wyrósł. Wespół z bratem kultywował politykę podejrzeń, pomówień i podziałów swych rodaków na „dobrych” i „ złych” – arbitralnie i jednostronnie ustanawiając moralne, w politycznym rozumieniu, kryteria. Wyniesiony na prezydencki urząd pozbawiał prawa do polskości znaczącą część społeczeństwa. Z tego punktu widzenia trudno o gorszy przykład męża stanu.
Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego stała się instrumentem w rękach jego zwolenników. Przywołanie argumentu o „męczeństwie”, powiązanym z mordem katyńskim sprzed blisko 70 laty, oznacza kolejną z szeregu mistyfikacji, jakich nie brak w upolitycznionych wersjach polskiej historii. Bowiem męczeństwem nie jest tu godzien pożałowania los prezydenckiej pary, lecz stan świadomości społecznej, atakowanej ze wszystkich stron najbardziej niedorzecznymi fantazmatami; motywacje tych, którzy je głoszą, nie są ani bezinteresowne, ani uczciwe.
Koniec starego i początek nowego roku skłaniają do refleksji. Czym był dla europejskiej lewicy rok 2009? Gorzką lekcją, sumującą wieloletnie błędy, związane z bezkrytycznym żyrowaniem spekulacyjnego kapitalizmu? W ten sposób radykalnie nastawieni członkowie starych socjaldemokracji odczytują wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, a w aspekcie lokalnym np. elekcji do Bundestagu w Niemczech (ze znamiennym fenomenem Die Linke). A może doświadczaliśmy potwierdzenia rzekomo obiektywnego procesu eliminowania Lewicy jako formacji ze zglobalizowanego świata? Te właśnie pytania zdominowały wielopoziomową dyskusję, jaka toczyła się pod koniec ubiegłego roku wśród europejskich socjaldemokratów. Niestety, bez wyraźnego udziału uczestników z Polski. Równie nikle prezentowały się głosy z krajów Środkowej i Wschodniej Europy, uwidaczniając zapóźnienie ideowe i, co bardziej prawdopodobne, brak motywacji dla wdawania się w pogłębioną analizę własnych i cudzych pomyłek.
W kraju lewica polityczna doznała w wyniku eurowyborów ostatecznego wyklarowania, ograniczając swą podmiotowość do Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co jedni odczytali jako porażkę, zamykającą perspektywę szerszego frontu sił lewicowych, a inni jako sukces organizacyjny partii, która od dawna go oczekiwała. Ruchy w SLD, sfinalizowane na tzw. Konferencji Programowej w grudniu 2009 r., ujawniły istotę kompromisu: historyczni działacze, na czele z Aleksandrem Kwaśniewskim nie zdołali w pełni przeforsować swojej wizji politycznej ani skorygować kierownictwa, więc... dołączyli do szeregów, stwarzając przekonujące wrażenie jedności, zawsze cenne, szczególnie przed wyborami. Młodzi musieli przyznać, że w ich pokoleniu nie narodził się żaden orzeł, zdolny do walki o prezydencki fotel kraju. Stąd kandydatura Jerzego Szmajdzińskiego, byłego ministra obrony, który wprowadzał polskie wojsko do Iraku; ten jednak szczegół, ważny dla lewicy integralnej, w nomenklaturowym środowisku SLD wydaje się bez znaczenia. Jerzy Szmajdziński zwróci się do zdeklarowanego elektoratu partii z czytelnym dla niego przesłaniem, choć bez przerysowań i nadmiernej nostalgii za peerelowską przeszłością.
Słuchając obrad Kongresu Kultury Polskiej nie uprzedzony uczestnik starcia twórców i ekonomistów (wśród których rolę spiritus movens przyjął na siebie prof. Jerzy Hausner, wspierany przez znacznie bardziej ortodoksyjnego prof. Balcerowicza) odnosi przemożne wrażenie, iż po ideologicznej deregulacji państwa, która obezwładniła sektor usług publicznych, liberałowie przypuszczają atak na kulturę. Skądinąd jest to świetnie prosperująca gałąź gospodarki – przy zaledwie 0,6% wydatków z budżetu generuje 5% PKB! Trudno więc zarzucić jej PRL-owski anachronizm, co nie znaczy, że nie istnieją w niej instytucje skostniałe, wymagające reformy. Próba prof. Hausnera pozbawienia państwa centralnej roli w dotowaniu kultury zakłada istnienie innych, świadomych wagi problemu podmiotów, wyposażonych w niezbędne instrumenty finansowe. To samorządy, ale także mecenat prywatny.
Oskar Lafontaine, wychodźca ze zmieszczaniałej SPD, ma odwagę powiedzieć, że celem jego partii Die Linke - a szerzej: Lewicy jako formacji - jest zmienianie społeczeństwa. Die Linke, mimo ostatnich sukcesów, to nadal małe ugrupowanie, a jednak sformułowanie hasła „wielkie cele przed nami” otwiera perspektywę już nie tylko koniunkturalnej polityki, zmierzającej do takiej czy innej koalicji, ale zadania dla pokolenia, dla młodych i starych, wątpiących i entuzjastów, kobiet, profesorów i robotników, przedsiębiorców i związkowców. Nasi polscy „pragmatycy” zapewne pocmokają sceptycznie, wzruszą ramionami i odejdą do zakulisowych układanek, z których rodzą się polityczne potworki, mające rzekomo poprawić sytuację polskiej opozycji. Ale ponieważ jest to opozycja niezmiennie akceptująca filary społeczeństwa liberalnego, nikogo - oprócz autorów nieustannego knucia i polujących na sensacje mediów - to nie poruszy.
< Poprzednie || Następne >

