Koniec starego i początek nowego roku skłaniają do refleksji. Czym był dla europejskiej lewicy rok 2009? Gorzką lekcją, sumującą wieloletnie błędy, związane z bezkrytycznym żyrowaniem spekulacyjnego kapitalizmu? W ten sposób radykalnie nastawieni członkowie starych socjaldemokracji odczytują wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, a w aspekcie lokalnym np. elekcji do Bundestagu w Niemczech (ze znamiennym fenomenem Die Linke). A może doświadczaliśmy potwierdzenia rzekomo obiektywnego procesu eliminowania Lewicy jako formacji ze zglobalizowanego świata? Te właśnie pytania zdominowały wielopoziomową dyskusję, jaka toczyła się pod koniec ubiegłego roku wśród europejskich socjaldemokratów. Niestety, bez wyraźnego udziału uczestników z Polski. Równie nikle prezentowały się głosy z krajów Środkowej i Wschodniej Europy, uwidaczniając zapóźnienie ideowe i, co bardziej prawdopodobne, brak motywacji dla wdawania się w pogłębioną analizę własnych i cudzych pomyłek.
W kraju lewica polityczna doznała w wyniku eurowyborów ostatecznego wyklarowania, ograniczając swą podmiotowość do Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co jedni odczytali jako porażkę, zamykającą perspektywę szerszego frontu sił lewicowych, a inni jako sukces organizacyjny partii, która od dawna go oczekiwała. Ruchy w SLD, sfinalizowane na tzw. Konferencji Programowej w grudniu 2009 r., ujawniły istotę kompromisu: historyczni działacze, na czele z Aleksandrem Kwaśniewskim nie zdołali w pełni przeforsować swojej wizji politycznej ani skorygować kierownictwa, więc... dołączyli do szeregów, stwarzając przekonujące wrażenie jedności, zawsze cenne, szczególnie przed wyborami. Młodzi musieli przyznać, że w ich pokoleniu nie narodził się żaden orzeł, zdolny do walki o prezydencki fotel kraju. Stąd kandydatura Jerzego Szmajdzińskiego, byłego ministra obrony, który wprowadzał polskie wojsko do Iraku; ten jednak szczegół, ważny dla lewicy integralnej, w nomenklaturowym środowisku SLD wydaje się bez znaczenia. Jerzy Szmajdziński zwróci się do zdeklarowanego elektoratu partii z czytelnym dla niego przesłaniem, choć bez przerysowań i nadmiernej nostalgii za peerelowską przeszłością. Gładko także wypada w mediach - jest zatem idealnym kandydatem, odpowiadającym dzisiejszym możliwościom ugrupowania. Znacznie niepewniej rysuje się kandydatura Wojciecha Olejniczaka na prezydenta stolicy, gdyż została podważona zarówno przez przewodniczącego SLD jak i część partyjnej struktury warszawskiej, co odnowiło - przynajmniej w wymiarze lokalnym - tlący się konflikt wewnętrzny i zagroziło wizerunkowemu efektowi Konwencji. Co zaś do refleksji programowej, nękającej zachód Europy, w polskich warunkach przybrała ona wokalną formę „stu lat” dla najsprawniejszego polityka lewicy - Olka K., i chyba wywołała zażenowanie Jubilata...
