Leszek Lachowiecki
data publikacji: 4 maja 2010Śmierć każdego człowieka oznacza stratę, zwłaszcza dla jego najbliższych. Śmierć osoby publicznej zwielokrotnia ten stan, nadając mu rys ceremonialny. Nie jest rzeczą właściwą przenoszenie emocji i zachowań osobistych na forum publiczne. Zgoła fałszywie wyglądają w takiej sytuacji próby uwznioślenia i uszlachetnienia zmarłego. Wytłumaczalny odruch „odpuszczenia winy” staje się wówczas zafałszowaniem najnowszej historii.
Lech Kaczyński, kompetentny profesor prawa pracy, w życiu prywatnym szczęśliwy małżonek i – jak zaświadczają jego najbliżsi – człowiek sympatyczny, w publicznej roli czuł się źle. W sposób widoczny nie potrafił przenieść pozytywnych cech charakteru na styl i formę sprawowanego urzędu. Jako prezydent faworyzował poglądy i postawy właściwe dla obozu politycznego, z którego wyrósł. Wespół z bratem kultywował politykę podejrzeń, pomówień i podziałów swych rodaków na „dobrych” i „ złych” – arbitralnie i jednostronnie ustanawiając moralne, w politycznym rozumieniu, kryteria. Wyniesiony na prezydencki urząd pozbawiał prawa do polskości znaczącą część społeczeństwa. Z tego punktu widzenia trudno o gorszy przykład męża stanu.
Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego stała się instrumentem w rękach jego zwolenników. Przywołanie argumentu o „męczeństwie”, powiązanym z mordem katyńskim sprzed blisko 70 laty, oznacza kolejną z szeregu mistyfikacji, jakich nie brak w upolitycznionych wersjach polskiej historii. Bowiem męczeństwem nie jest tu godzien pożałowania los prezydenckiej pary, lecz stan świadomości społecznej, atakowanej ze wszystkich stron najbardziej niedorzecznymi fantazmatami; motywacje tych, którzy je głoszą, nie są ani bezinteresowne, ani uczciwe.
Lewica straciła w katastrofie pod Smoleńskiem kandydata na prezydenta i dwie charyzmatyczne polityczki. Ich odejście, bardziej niż cokolwiek innego, ukazało mizerię kadrową SLD. Decyzję Grzegorza Napieralskiego o zajęciu miejsca w szrankach wyborczych należy uznać za przejaw dużej odwagi.
Czy polska polityka zmieni się w wyniku tych wydarzeń? To raczej „syndrom katyński” wpisze się mocno w politykę. Jarosław Kaczyński notuje niebywały wzrost zaufania, choć on sam nie zrobił nic, co uzasadniałoby taki obrót rzeczy. Śmierć woisuje się w kapitałe wyborczy. Oparta na takim fundamencie prezydencka elekcja mogłaby okazać się śmiertelna – jesli nie dla demokracji, to na pewno dla zdrowego rozsądku.
Powrót do poprzedniej strony