Śmierć każdego człowieka oznacza stratę, zwłaszcza dla jego najbliższych. Śmierć osoby publicznej zwielokrotnia ten stan, nadając mu rys ceremonialny. Nie jest rzeczą właściwą przenoszenie emocji i zachowań osobistych na forum publiczne. Zgoła fałszywie wyglądają w takiej sytuacji próby uwznioślenia i uszlachetnienia zmarłego. Wytłumaczalny odruch „odpuszczenia winy” staje się wówczas zafałszowaniem najnowszej historii. Lech Kaczyński, kompetentny profesor prawa pracy, w życiu prywatnym szczęśliwy małżonek i – jak zaświadczają jego najbliżsi – człowiek sympatyczny, w publicznej roli czuł się źle. W sposób widoczny nie potrafił przenieść pozytywnych cech charakteru na styl i formę sprawowanego urzędu. Jako prezydent faworyzował poglądy i postawy właściwe dla obozu politycznego, z którego wyrósł. Wespół z bratem kultywował politykę podejrzeń, pomówień i podziałów swych rodaków na „dobrych” i „ złych” – arbitralnie i jednostronnie ustanawiając moralne, w politycznym rozumieniu, kryteria. Wyniesiony na prezydencki urząd pozbawiał prawa do polskości znaczącą część społeczeństwa. Z tego punktu widzenia trudno o gorszy przykład męża stanu. Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego stała się instrumentem w rękach jego zwolenników. Przywołanie argumentu o „męczeństwie”, powiązanym z mordem katyńskim sprzed blisko 70 laty, oznacza kolejną z szeregu mistyfikacji, jakich nie brak w upolitycznionych wersjach polskiej historii. Bowiem męczeństwem nie jest tu godzien pożałowania los prezydenckiej pary, lecz stan świadomości społecznej, atakowanej ze wszystkich stron najbardziej niedorzecznymi fantazmatami; motywacje tych, którzy je głoszą, nie są ani bezinteresowne, ani uczciwe.

Czytaj wiecej czytaj więcej

© Stowarzyszenie Społeczno - Kulturalne Warszawa w Europie 2009

rls Strona współfinansowana ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg